Uważna obecność
Rok formacji 2025/2026
Rok formacji 2025/2026


| Brak wydarzeń |
Czytając dzisiejszą Ewangelię, przeniosłam się myślami nad Jezioro Tyberiadzkie. Tuż przed działaniami wojennymi udało mi się być w tym miejscu, co bardzo pomogło mi w takiej duchowej podróży. To spotkanie Jezusa z uczniami przypomniało mi podobną scenę, w tym samym miejscu, gdy Jezus powoływał apostołów. Okoliczności bardzo podobne, ale uderzyło mnie to, jak zmieniła się postawa Piotra. Już nie mówi: Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny, ale przywdział na siebie wierzchnią szatę - był bowiem prawie nagi - i rzucił się wpław do jeziora, do Jezusa.
Już nie dyskutuje z Jezusem, że zna się lepiej na połowach, ale pokornie robi to, co proponuje Jezus. Trzy lata chodzenia z Jezusem bardzo zmieniło Piotra.
A ja? Czy spotkanie ze Zmartwychwstałym, poznawanie Go w Słowie, ponad 20 lat we wspólnocie, zmieniło mnie choć trochę? Czy nadal chcę się zmieniać? Tutaj przychodzi mi na myśl fragment wiersza Jana Twardowskiego pod tytułem "Wielkanocny pacierz":
"...tyle zmartwychwstań już przeszło, a serce mam byle jakie.
Tyle procesji z darami, tyle już Alleluja,
a moja świętość dziurawa, na ćwiartce włoska się buja."
Panie Jezu, tyle jest jeszcze do zrobienia. Chcę być coraz bliżej Ciebie, dostrzegać Twoją obecność w moim życiu - tej mojej "Galilei". Otwieraj moje oczy i moje serce.
Dzisiejsza Ewangelia to przepiękne osobiste spotkanie Marii Magdaleny i Jezusa.
Kobieta jest zrozpaczona, w ciężkim położeniu. Jezus jej nie zostawia samej, najpierw posyła swoich wysłanników, a jak to nie pomaga, to pojawia się osobiście, żeby ją pocieszyć. Myślę sobie, że w naszym życiu, w trudnych chwilach, jest podobnie. Jezus posyła nam pomocników, często w postaci wsparcia innych ludzi, a jak to nas nie pocieszy, to przychodzi osobiście. Tylko żebyśmy to zobaczyli, gdy jesteśmy w ciężkim położeniu, czasem musimy się trochę porozglądać, dostrzec choć odrobinę dobra w tym trudnym czasie. Jezus nas nigdy nie zostawia samymi. Przychodzi jako Zmartwychwstały, który niesie nadzieję, i nie chce się na tym zatrzymać, (noli me tangere), tylko iść dalej z nami przez życie.
Pan Jezus powiedział do św. Siostry Faustyny: „Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej Męki większą zasługę ma, aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi”.
Czy znajdę dziś jedną godzinę dla Jezusa i z Jezusem?
W Wielkim Tygodniu niesamowicie porusza mnie miłość Jezusa, Jego pokora, wytrwałość, myślenie o innych, nawet w tak wielkim stresie i cierpieniu.
Dziś w ewangelii mamy dwie osoby Judasza i Piotra.
Jezus siedzi koło swojego zdrajcy i zamiast czuć złość, nienawiść, odrazę, to czuje wzruszenie. I jeszcze jedzenie mu podaje.
Zawstydza mnie ta postawa, bo wiem, jak szybko nie mam ochoty kogoś widzieć, gdy jest mi nieprzychylny.
Piotr natomiast jest pierwszy na starcie do obrony Jezusa i gdy napotyka pierwsze trudności, to tchórzy. A Jezus i tak go kocha, nie zniechęca się nim nawet w sytuacji zaparcia się Piotra. Bo Jezus wcale nie czeka na nas na mecie, on nie oczekuje od nas medali i pucharów za życie, On jest z nami podczas naszej wędrówki cały czas, jest przy naszym upadku, jest przy nie dotarciu do mety. Taką refleksję usłyszałam ostatnio słuchając rozważań Ekstremalnej Drogi Krzyżowej podczas bardzo trudnej trasy, brodząc po kolana w śniegu. I wtedy to nie były dla mnie puste słowa, myśląc sobie, że Jezus idzie razem ze mną w tym trudzie i nie czeka, aż dojdę do końca, tylko jest przy mnie cały czas.
Panie, dziękuję Ci za Twoją ogromną miłość.
Czy Jezus tymi słowami zapowiada faryzeuszom piekło? A no nie. Jezus mówi im, że jeśli nie uwierzą w Niego, nie doświadczą odpuszczenia grzechów.
Jak często spowiedź kojarzy mi się z czymś trudnym, bo trzeba się przyznać do złego, stanąć w prawdzie przed sobą i w konfesjonale. Ale mimo, że to trudne, to jakże uwalniające, bo terapeutyczne. Nazwanie grzechu grzechem, może pomóc mi się uwolnić od niego, albo choć zacząć pracę nad sobą, żeby się tego pozbyć. Poza tym, a może przede wszystkim Jezus, w tym sakramencie, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu. Bo On chce być z nami blisko, chce mieć nas przy sobie, a grzesząc, oddalamy się od Niego. Zatem pomrzecie w grzechach waszych, znaczy tyle, co będziecie daleko ode Mnie.
Jezu, dziękuję Ci, że ciągle zabiegasz o mnie, nawet, wtedy gdy ja ociągam się z powrotem do Ciebie.
Czytając dzisiejszą ewangelię zastanawiam się, co ja mam zaczerpnąć z niej dla siebie. Sparaliżowana nie jestem, schorowana też nie, grzeszna, to oczywiste. Zatem te słowa Jezusa, wskazujące źródło problemu uzdrowionego, mogą być dla mnie bliskie. Nie grzesz już więcej! Zatem rachunek sumienia, w czym sobie odpuszczam, jest w sam raz.
Jest jeszcze jedna kwestia, która przychodzi mi do głowy, a mianowicie to, że jako chrześcijanka, jestem uczennicą Jezusa, zatem mam postępować jak On. I jakie dziś wskazówki usłyszałam z ewangelii? Jezus przychodzi nie do wszystkich chorych, a do tego najbardziej potrzebującego, od wielu lat zagubionego. Znajduje go sam. Pomaga mu, wspiera, daje siłę, a potem mobilizuje go, aby wziął swoje nosze i poszedł, czyli wziął odpowiedzialność za swoje życie, może nawet, odzyskał sprawczość w swoim życiu. Tego Jezus oczekuje od nas, Jego uczniów. Abyśmy dawali siłę najbardziej potrzebującym do stanięcia na nogach w swoim życiu.
Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznie powiedziałeś.
Jakoś dziwnie zabrzmiały mi te słowa w dzisiejszej Ewangelii. Kto tu jest nauczycielem, a kto uczniem? Wprawdzie uczony w Piśmie zwraca się do Jezusa: Nauczycielu, ale zachowuje się jak nauczyciel, potwierdzający dobrą odpowiedź ucznia. Może to moje skrzywienie zawodowe, ale czy tylko? Czasem, a nawet częściej tak mam, że zwracając się do Boga, czekam tylko na potwierdzenie mojego wyboru, mojego zdania, by móc powiedzieć: Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznie powiedziałeś.
Jeśli Pan Bóg nasz jest jedynym Panem, to tylko Jego jednego mam słuchać, a nie przychodzić do Niego tylko po podpis pod moimi pomysłami. Jezus jednak nie ma tego zawodowego obciążenia i cierpliwie odpowiada na pytanie. Pośród 613 przykazań, które narzucili sobie faryzeusze, rzeczywiście można się zgubić - które jest najważniejsze? „Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz jest jedynym Panem. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”. Drugie jest to: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Jezus pokazał nam jak to robić. Więc uważnie słuchajmy. Jeśli miłość Boga i bliźniego postawimy na pierwszym miejscu, to już o nic nie musimy pytać. - wszystko jasne!
Czytam dzisiejszą Ewangelię i schemat się powtarza - znam tę przypowieść. Ale przecież jest nowy dzień, a ja chcę go przeżyć ze starymi myślami? Dochodzę do zdania:
Arcykapłani i faryzeusze, słuchając Jego przypowieści, poznali, że o nich mówi.
Upss! Oni poznali, a ja nie? Przecież Jezus mówił niedawno: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa... Duchu Święty przyjdź!!!
Z jaką wielką troską i starannością gospodarz przygotowuje winnicę i... oddaje rolnikom w dzierżawę.
Bóg powołał mnie do życia, dał mi wszystko, co potrzebne i oddał mi je w dzierżawę!!! Jak wielkie zaufanie Bóg ma do mnie i jednocześnie jakie wielkie ponosi ryzyko, co ja zrobię z tym życiem. Co zrobiłam z ze swoim życiem? – bo już w takich kategoriach muszę to rozpatrywać. Czy Jezus był w mojej codzienności? Jakie owoce, plony oddawałam?
Wiem, że Jezus był zawsze obok mnie. Pozwalał i na złe decyzje. Przyglądał się z troską, ale był. Czy zawsze?
Dziś przy okazji pierwszego piątku miesiąca mocno dotarło do mnie, że każdy mój grzech jest odrzuceniem Boga - zabiciem Go. Jezus to przewidział i przyjął również odrzucenie, bo kocha i przebacza - jak dobry, kochający Rodzic.
Panie Jezu, dziękuję za dzisiejszą spowiedź i ufam, że Ty z każdego mojego błędnego kroku, potrafisz wyprowadzić dobro, bo przecież czytam: Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła.
Odwiedza nas 1908740 gości oraz 675 użytkowników.